13.9.17

Stare Bielany i Żoliborz - inne oblicze Warszawy

Dziś chciałabym zabrać Was na spacer po moich ukochanych zakątkach Warszawy. To propozycja na niestandardowe zwiedzanie stolicy. Jeśli trochę ją znacie, ale szukacie nowych miejsc - ten wpis jest dla Was!
Będzie o Starych Bielanach i Starym Żoliborzu. Sentymentalny spacer po tej pierwszej dzielnicy był już kiedyś na blogu. Chciałabym pokazać konkretne punkty, które są według mnie warte uwagi. Można je zobaczyć w jeden dzień.
Pomiędzy Bielanami a Żoliborzem można się przemieścić szybko metrem (ze stacji Stare Bielany do Pl. Wilsona) lub tramwajem numer 6 lub autobusem 181 z przystanku pod AWF-em. Można też zrobić sobie około 2-kilometrowy spacer od AWF do ulicy Podleśną, a dalej w dół do Kępy Potockiej. To jeden z ładniejszych terenów zielonych Warszawy (pisałam również o nim w tym wpisie) a stamtąd pojechać na Pl. Wilsona autobusem 122. Na podstawową wersję potrzeba ok. 4-6 godzin plus około godziny na spacer Kępą Potocką.

STARE BIELANY
Ja mój spacer zawsze zaczynam przy księgarni K.K. Baczyńskiego na ulicy Żeromskiego 81. Mam sentyment do tego miejsca, gdyż skończyłam sąsiadujące z nim liceum, a sam sklep z książkami jest naprawdę klimatyczny. Jadąc z Centrum wygodniej jednak i szybciej będzie dojechać do stacji metra Stare Bielany i odwrócić kolejność zwiedzania. Odległości nie są duże, a wszystkie ulice są na swój sposób malownicze. W dzielnicy która do niedawna była gastronomiczną pustelnią powstało też w ostatnich latach kilka wartych odwiedzenia knajp.
Stare Bielany są "moje" bardziej niż jakiekolwiek inne miejsce w Warszawie. Tu dorastałam, chodziłam do szkoły podstawowej, a potem po sąsiedzku do średniej. Znam te ulice i domy na pamięć, a jednak zawsze odkrywam coś nowego. Stare Bielany mają niezwykły klimat i zachowały się na nich unikalne na skalę warszawską perełki.
Najbliższe mojemu sercu są ulice Schroegera, Kleczewska, Płatnicza, Lipińska i Plac Konfederacji. W ich pobliżu toczyło się moje nastoletnie, a potem też częściowo dorosłe życie. Dziś są piękniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Willowa zabudowa zachwyca, a stare gazowe latarnie na ulicy Płatniczej wyglądają cudownie o każdej porze roku.
Bardzo lubię teren Akademii Wychowania Fizycznego. Jest idealny na spacery w ciepłe dni, można trafić na jakieś ciekawe zawody i pokibicować albo skorzystać z bardzo fajnego placu zabaw znajdującego się na prawo od wejścia. Tuż obok, po drugiej stronie ulicy Marymonckiej dostrzec można ciekawy budynek remizy strażackiej.
Uwielbiam ulicę Cegłowską z jej drewnianym domkiem pod numerem 35 i gazowymi latarniami. Zazwyczaj będąc w okolicy zaglądam też do parku przy Młodzieżowym Domu Kultury (zdarzało się, że bywałam tam na wagarach). Teraz znajduje się tam również niewielki park linowy, który cieszy się zainteresowaniem wśród najmłodszych.
Dalej warto przejść ulicą Zuga (ten klimat!) aż do Grębałowskiej. Niegdyś była bardziej urodziwa, teraz postawili na niej dość nowoczesne budynki, które nieco burzą moją wizję tej okolicy. Wciąż jest jednak ładnie. Pod jednym z nich stoi sympatyczna rzeźba przedstawiająca młodą kobietę.
Ulica Kasprowicza to mój dawny Dom. Na niej mieszkałam w dzieciństwie, robiłam zakupy w SAM-ie Bielańskim, Empiku i nieistniejącym już sklepie z zabawkami przy skrzyżowaniu z ulicą Kleczewską. Jak już tam dotrzecie to zajrzyjcie do cukierni Ewy Kiljan. Oferta nie jest może imponująco duża, ale ich ciastka są bardzo smaczne. Podobnie jak lody w niemalże sąsiedniej cukierni-kawiarni Consonni.
Na Al. Zjednoczenia, pomiędzy ulicami Kasprowicza i Schroegera stoi szary i smutny budynek Domu Dziecka założonego przez Marynę Falską i Janusza Korczaka. Z punktu widzenia turystyki nie jest to może szczególnie ciekawe miejsce, dla mnie jednak jest ważne. Dosłownie za płotem znajdowała się moja podstawówka, więc duży odsetek moich kolegów i koleżanek było mieszkańcami tego ośrodka opiekuńczego, ja też w nim bywałam towarzysko. Z rozmów z nimi wyniosłam poczucie, że było to miejsce bezpieczne i serdeczne, na tyle na ile jest to możliwe. Wielu znajomych z tamtych lat dorosło, skończyło studia i założyło szczęśliwe rodziny.
Stąd już tylko kilka kroków dzieli nas od Placu Konfederacji. W kościele Św. Zygmunta przystępowałam do I Komunii Świętej. Jego wnętrze jest dość ciekawe i nowoczesne, warto zajrzeć do środka. Po drugiej stronie ulicy stoją małe, kolorowe domki. To fragment osiedla Zdobycz Robotnicza. Generalnie wszystkie ulice odchodzące od placu mają w sobie coś, co warto zobaczyć. Proponuję przejść je wszystkie, powoli i uważnie obserwując domy, podwórka i detale. Nigdy dotąd nie byłam w restauracji Pod Podłogą z Jadłem zlokalizowanej w domu Ś.p. Krystyny Sienkiewicz. Będę musiała się w końcu wybrać. Tutaj kończymy zwiedzanie Bielan i ruszamy dalej, na Żoliborz.

ŻOLIBORZ 
Tak jak wspominałam wcześniej, na Żoliborz można się z Bielan dostać w zaledwie 10 minut metrem lub tramwajem. Punktem wyjścia do zwiedzania jest zazwyczaj Plac Wilsona, chociaż jadąc tramwajem ja bym wysiadła na przystanku Teatr Komedia. Bryła budynku jest piękna, a otaczający go niewielki park naprawdę urokliwy. Tuż po sąsiedzku znajdują się niezwykle znana kawiarnia Secret Life Cafe oraz knajpa Ósma Kolonia. Polecam spacer ulicą Suzina. Nie jest podpisana na powyższej mapie, ale to ta przecinająca ul. Próchnika, prowadząca do ulicy Krasińskiego. To właśnie na styku tych dwóch ulic 73 lata temu o godzinie 13.30 padły pierwsze strzały zwiastujące Powstanie Warszawskie. Dziś zobaczyć na niej można budynki dawnego Kina Tęcza i kotłowni, w której znajduje się restauracja o tej samej nazwie oraz tablicę upamiętniającą poległych Powstańców.
Idąc prosto tą ulicą dochodzi się do wysokiego, strzelistego kościoła. To parafia św. Stanisława Kostki w którym znajduje się Muzeum Błogosławionego Ks. Jerzego Popiełuszki, który w latach 1980-1984 był tam rezydentem i od 1982 roku odprawiał Msze Święte w intencji Ojczyzny. Ciąg dalszy historii przypuszczam, że niestety znacie. 
Sam Plac Wilsona nie imponuje może urodą, ale mam do niego duży sentyment (szczególnie do starego Kina Wisła do którego często chodziłam jako dziecko, a zdarza mi się w nim bywać do dziś). 
Kiedy byłam jeszcze w szkole podstawowej Mama regularnie woziła mnie do Parku im. Stefana Żeromskiego. Był tam ogromny plac zabaw, znacznie skromniejszy niż dziś (o tym współczesnym pisałam również we wpisie o warszawskich parkach), ale wówczas naprawdę genialny. Poznałyśmy na nim moją rówieśniczkę, której rodzice byli polsko-japońskim małżeństwem. Mieszkali w pięknym domu na Żoliborzu, otoczonym bajkową zielenią. Czasami nas zapraszali i bawiłyśmy się  wystrzałowymi jak na tamte czasy japońskimi zabawkami dziewczynki. 
Aktualnie to w mojej opinii jeden z ładniejszych terenów zielonych stolicy. Nie jest duży, ale ma w sobie to coś!
Gastronomia na Żoliborzu zmienia się dość często i powiem szczerze, że raczej tam nie jadam. Jest sporo modnych lokali, które średnio przypadły mi do gustu w czasie pierwszych odwiedzin. Jedynym, który naprawdę lubię jest niewidoczna na tej mapie restauracja El Caribe, położona 5 minut spacerem od pięknego Placu Inwalidów. To bardzo ciekawe miejsce serwujące proste i super smaczne dania wywodzące się z Karaibów.
Na wysokości Placu Inwalidów warto wbić się w gąszcz uliczek Żoliborza Oficerskiego. Proponuję zacząć od ulicy Czarnieckiego, a potem już gubić się bez końca. Za każdym razem odkrywam tam coś nowego. Klimat Żoliborza jest wyjątkowy, pewnie dlatego w ostatnich latach zrobił się bardzo modny. Wciąż nie brakuje jednak miejsc w których można się schronić przed zgiełkiem.
Ostatnim punktem jest spacer wśród pięknych willi tak długo, aż odnajdzie się schody prowadzące w dół. Znajdują się one gdzieś przy Skwerze Andrzeja Woyciechowskiego. Prowadzą prosto do Parku Fosa i Stoków Cytadeli. 
Tutaj można już zakończyć zwiedzanie. Jeśli jednak ktoś zdecyduje się podzielić je na dwa dni, to nie sądzę, aby na Żoliborzu spędził cały. Wówczas sugeruję długi spacer brzegiem Wisły w kierunku Centrum.
Mam nadzieję, że Moja Warszawa Wam się podoba. Jeśli już znacie te zakątki - napiszcie w komentarzu czy je lubicie czy może macie odmienne zdanie. Jeśli wybieracie się do stolicy jeszcze tego (późnego) lata lub w czasie jesieni, proponuję te dwie dzielnice jako urozmaicenie standardowego, przewodnikowego programu. Oczywiście można je odwiedzić przez cały rok, ale jak widać na załączonych zdjęciach - latem toną w zieleni!

8.9.17

Oliwkowe książki na jesień

   
Bliska mojemu sercu osoba rok temu wyprowadziła się do Francji. Zaprowadziło ją tam serce w wyniku splotu wydarzeń, których nie powstydziłaby się fabuła kinowego romansu. Kiedy opowiadała mi perypetie związane z remontem domu i farmy na której mieli zamieszkać z przyszłym mężem, przypomniała mi się pewna książka. A raczej cała oliwkowa seria autorstwa cudownej Carol Drinkwater. Urodzona w Irlandii aktorka i pisarka, autorka wielu scenariuszy (m.in. do młodzieżowego serialu "Molly" który był popularny w Polsce gdy byłam nastolatką) zakochała się z wzajemnością w pewnym inteligentnym i przystojnym mężczyźnie. To dojrzałe, ale nieco szalone uczucie zaprowadziło ich wprost pod furtkę oliwkowej farmy położonej gdzieś na południu Francji. A potem do Belgii, gdzie trzęsącymi rękoma podpisali akt jej kupna, nie mając wystarczających środków finansowych i pewności, że uda im się je zdobyć. Postawili wszystko na jedną kartę, aby spełnić swoje marzenia. Cóż to są za książki! Czytałam całą serię kilka razy i pewnie jeszcze nie raz do niej wrócę. Uwielbiam sposób w jaki Carol opisuje miejsca, ludzi i zdarzenia oraz wrażliwość z jaką patrzy na świat, zwierzęta i przyrodę. Jej i Michaela życie było pełne zawirowań, ciężkich prób. W sumie nic spektakularnego, normalne życie w którym chwile beztroski i szczęścia przerywają łzy, lęk i niepewność. Książki z cyklu "Rzucił/a wszystko, aby zamieszkać w słoneczniejszej części Europy" pojawiają się na rynku jedna za drugą. Czytałam ich sporo (chociaż na pewno nawet nie większość) i ta jest moją ulubioną.

   Jak ja bym chciała umieć tak pisać! Pięknie i obrazowo, malować słowami wyraziste obrazy i wywoływać emocje. Spytałam wspomnianą wyżej koleżankę czy zna książki o oliwkowej farmie, a ona spytała o te tytuły pracującą w bibliotece znajomą. W odpowiedzi usłyszała, że "nie kupuje czytadełek". Smuci mnie, że człowiek obcujący na codzień z książkami ocenia naprawdę przyjemną literaturę w tak nieprzyjemny sposób. Nie tylko ambitne dzieła klasyków literatury są godne uwagi. Czasem warto sięgnąć po coś lekkiego, a zarazem mądrego. Po książkę, która przeniesie nas nad Morze Śródziemne, otuli zapachem drzew i ogrodowych kwiatów, ukoi bliskością natury i zaczaruje urokiem dojrzałego, wartościowego uczucia dwojga ludzi, którzy dzielą ze sobą sukcesy oraz bolesne upadki. Uwielbiam Carol z jej szacunkiem do świata, odwagą i szczerością, a Wam polecam lekturę oliwkowej serii w zbliżające się długie jesienne wieczory.

A tak przy okazji - jakie tytuły związane z "ucieczką" na południe naszego (a może innego?) kontynentu polecacie? Jakoś w czasie chłodnych i szarych miesięcy taka tematyka cieszy mnie najbardziej. 

1.9.17

Urlop. W końcu!

Udało się! Po ośmiu miesiącach bez wyjazdu dłuższego niż weekendowy z jednym noclegiem (a i takie trafiły się zaledwie dwa) w końcu doczekałam się urlopu. Nie umiem wyrazić słowami jak bardzo się cieszę. Za nami dość trudne miesiące, dużo nerwów, sporo zawirowań zdrowotnych i zmian w życiu zawodowym. Mam jednak nadzieję, że wszystko wkrótce się unormuje i zbliżające się jesienno-zimowe miesiące będą spokojniejsze. 
Z urlopem też było mnóstwo zmian planów. Pierwotnie mieliśmy pod koniec września polecieć na Lefkadę, ale z powodów losowych ten termin okazał się niedobry. Postanowiliśmy więc na początku września pojechać samochodem do Estonii, ale w wyniku różnych zbiegów okoliczności  musieliśmy zrezygnować. 
Było mi już tak źle z tego powodu, że zapragnęłam przynajmniej przerobić salon na biało-niebieski, tak jak marzyłam. Zajęło nam to ostatnie dwa tygodnie i myślę, że wspomnę o efektach na blogu, bo wyszło fajnie i ekonomicznie. Po przeliczeniu zawartości skarbonki, niezbyt chwilowo niestety zasobnej, zdecydowaliśmy się na wyjazd nad nasze polskie morze, do ukochanego Mikoszewa, aby odpocząć w ciszy i spokoju. 
Niestety wraz z naszym przyjazdem zepsuła się pogoda i nic nie wskazuje na to, żeby w ciągu najbliższego tygodnia uległa poprawie. Jest chłodno, wietrznie, pochmurno i deszczowo. Plaże są już puste, parawany zostały tylko wspomnieniem. Ekipa składała wczoraj plażową zjeżdżalnię w Stegnie, część sklepów powoli się zamyka. Z opalania raczej nici, goframi też nie zamierzamy się codziennie objadać, o siedzeniu w domku nie ma mowy. Podobno nie ma złej pogody, są tylko niewłaściwe ubrania ;) Czas poodkrywać trochę Żuławy i Mierzeję Wiślaną, na pewno kryją w sobie mnóstwo tajemnic. Jutro ruszamy w drogę w poszukiwaniu domów podcieniowych, przy okazji zajrzymy do Żuławskiego Parku Historycznego. Trzymajcie kciuki za chociaż odrobinę słońca.

27.8.17

Wizyta w Ziołowym Zakątku na Podlasiu

Już po opublikowaniu wpisu z podróżniczymi wspomnieniami tegorocznych wakacji udało nam się wybrać w jeszcze jedno miejsce. Trafiłam na nie zupełnym przypadkiem szukając czegoś na Instargamie i jakoś od razu przypadło mi do gustu. "Ziołowy zakątek", bo o nim mowa, położony jest w województwie podlaskim, około 160 km od Warszawy. Wyobrażałam sobie sielskie, urokliwe miejsce. Miałam rację czy jednak nie? Przeczytajcie!
Z dobrze i ciekawie przygotowanej strony WWW dowiedziałam się, że owy zakątek ulokowany jest malowniczo wśród lasów i pól, a na jego terenie znajduje się wiele atrakcji. Zaczynając od pięknych drewnianych chat przeniesionych z różnych części Podlasia oferujących miejsca noclegowe, przez karczmę, Podlaski Ogród Ziołowy, ekologiczny warzywnik, zielarnię, plac zabaw, gospodarstwo naturalne, pracownię ceramiczną wraz z dedykowanym sklepikiem oraz dwa inne sklepy. W okolicy jest również XVII-wieczny kościół, co zapewne sprzyja wyprawianiu w tym miejscu ślubów z weselami.
Zupełnie nie wiem dlaczego, ale pomyślałam sobie, że to pewnie mało znane miejsce i że będzie można w spokoju pochodzić i odpocząć. Wyruszyliśmy z domu bardzo wcześnie, zahaczając po drodze o miejscowość Brok i skansen w Ciechanowcu o którym napiszę innym razem. Podróż poszłaby nam sprawie, gdyby Krzysiek Hołowczyc nie pokierował nas absurdalną drogą przez Sypnie Nowe i Kozłowo. Jej ostatni, blisko 8 km odcinek wyglądał tak, że w myślach modliłam się, żeby Marek nie wysadził mnie na środku tej tragicznej drogi i nie odjechał bez słowa. Jego złość narastała z każdą sekundą, a ja milczałam bojąc się o zęby do których nasze kolana zbliżały się niepokojąco często. W końcu jednak udało nam się dobić szczęśliwie do celu. 
Pierwsze zaskoczenie - parking niewiele mniejszy niż pod osiedlowym LIDLem, już częściowo zapełniony, obsługiwany przez ochronę kierującą ruchem. Szybko i sprawnie zostało nam przydzielone miejsce, ale w tym momencie zapaliło nam się czerwone światełko w głowach i stało się jasne, że spokoju nie będzie.
Ruszyliśmy przed siebie mijając pierwsze domu z połowy XIX wieku, pięknie zdobione i otoczone bajecznymi kwiatami. Prezentowały się znakomicie i nie umiałam nawet na sekundę schować aparatu.
Doszliśmy do miejsca, w którym nagle droga zaczęła się rozgałęziać a dookoła nas pojawiły się kolejne budynki i informacja, że na teren Ogrodu Botanicznego pod rygorem kary nie można przebywać bez biletu. A bilet można kupić w sklepiku lub w bramie ogrodu. Ponieważ sklepik już mijaliśmy, a bramy ogrodu z tego punktu nie było widać postanowiliśmy się cofnąć. Odstaliśmy w kolejce i poprosiliśmy o bilet, którego jak się okazało niestety nie można było kupić nigdzie poza bramą ogrodu.
Teren jest mocno zabudowany, ale dookoła było tak wielu ludzi, że postanowiliśmy ruszyć za nimi. Brama do ogrodu była blisko, ale zasłaniały ją dach innego domu i parasole z restauracji. Wstęp na jego teren kosztuje 8zł za osobę dorosłą + 5zł zwrotnej kaucji za identyfikator, który należy mieć przy sobie w razie kontroli. Muszę przyznać, że dla osób lubiących rośliny jest to miejsce warte odwiedzenia. Powstał on w 2007 roku, a w 2011 otrzymał status Ogrodu Botanicznego. Podziwiać w nim można główne rośliny lecznicze i aromatyczne, które są dobrze wyeksponowane i opisane. Wygląda to ładnie i widać, że prowadzone jest z pomysłem. W ramach ogrodu działa Centrum Edukacji Przyrodniczej oferujące zajęcia zarówno dla dzieci (takie jak wizyta w zagrodzie ze zwierzętami, różne warsztaty, zajęcia laboratoryjne, wycieczki po lesie i inne) jak też dorosłych (m.in. wizyta w Domku Szeptuchy, zwiedzanie Ogrodu z przewodnikiem, warsztaty ziołowe i nalewkowe). 
W ogrodzie można spędzić dużo czasu włócząc się między alejkami. W oddali widziałam basen dostępny dla gości którzy przyjeżdżają tam na nocleg. Wyglądał fajnie, ale trochę raziło mnie, że zaraz za plecami pluskających się osób chodzą jednodniowi zwiedzający. Spodobały mi się miejsca na zorganizowanie ogniska. Tuż obok jest również punkt widokowy pozwalający podobno podziwiać panoramę całego obiektu, ale ze względu na ogromną ilość chętnych przepychających się na schodach zrezygnowaliśmy z tej atrakcji.
Ponieważ byliśmy na nogach od świtu, a z powodu Święta wszystkie sklepy na trasie były nieczynne, postanowiliśmy coś przekąsić w karczmie. Weszliśmy do niej o 11.45, zamówienia na jedzenie można składać od 12, więc zaczęliśmy od produkowanych na miejscu soków. Wielowarzywny bez cukru, jabłkowy i pikantny pomidor były naprawdę doskonałe, jedne z lepszych jakie kiedykolwiek piłam (w sklepiku można je też kupić na wynos). Na dania obiadowe było dla nas ciut za wcześnie, zamówiliśmy więc lokalny przysmak - kiszkę ziemniaczaną i mniej lokalny przysmak, czyli pizzę. Kiszka była dość mdła, a pizza adekwatna do niskiej ceny. Ogólnie poprawnie i bez zachwytu, ale nie spodziewaliśmy się niewiadomo czego. 
Kilka słów o sklepikach gdyż uważam, że zasługują na chwilę uwagi. To bardzo mocna strona Ziołowego Zakątka. Jadąc tam nie wiedziałam, że jest on częścią szerszego projektu jakim są zioła, przyprawy, soki i syropy marki Dary Natury, które można kupić także w Warszawie. W jednym ze sklepów znajdziemy ich pełną ofertę od olejów tłoczonych na zimno, przez całe ściany ziół i przypraw (zakochałam się w przyprawie do szarlotki, jest idealna!), miody, herbatki ziołowe i owocowe, soki warzywne i owocowe bez dodatków, syropy do rozcieńczania w wodzie i inne dobrej jakości produkty. Zrobiłam większe zapasy i wyszłam zadowolona. 
Niestety trochę się pośpieszyłam i żałuję, że nie zostawiłam zakupów na sam koniec, gdyż odkryłam później Sklep Spożywczy. Podobał mi się o wiele bardziej! Można w nim kupić mnóstwo przypraw, ziół i mąk na wagę, a ja zdecydowanie wolę taką opcję. Pomijając fakt, że jest to bardziej ekonomiczne dla portfela, to jeszcze ogranicza nadprodukcję opakowań i folii. Nie mogłam się jednak opanować, więc kupiłam dodatkowo czosnek niedźwiedzi i suszone pomidory z ziołami. W sklepie można też kupić jajka czy świeże owoce (tym razem były borówki amerykańskie). W bramie ogrodu jest również sklep z rękodziełem i ceramiką. 
Około 13 poszłam na chwilę do samochodu po zapomniane wcześniej okulary i przeżyłam niemałe zaskoczenie widząc, że parking pęka w szwach i nie ma już szansy wciśnięcia żadnego auta. Musicie mi uwierzyć, że jest on duży i naprawdę dobrze zorganizowany. Ludzi było coraz więcej, a zachowanie wielu z nich pozostawiało sporo do życzenia (np. wciskanie przez mamusię dziecku na siłę w ręce małego kotka, ciąganie go przez jakieś rodzeństwo raz w jedną, raz w drugą stronę, ganianie zdenerwowanych kur, wrzaski przy zwierzętach w zagrodzie). Powiem wprost - nie lubię miejsc, w których zwierzęta są elementem turystycznej atrakcji, a przynajmniej takim elementem "na wyciągnięcie ręki". Wiem, że młodych odkrywców z dużych miast cieszy widok gęsi czy osła albo ptaka w klatce, ale nie jestem pewna czy działa to tak samo w drugą stronę. 
O ile pierwsza część Ziołowego Zakątka (ta z ogrodem, chatami i karczmą) nawet mi się podobała i uważam, że jest atrakcyjna dla oka i obiektywu, o tyle druga część ze stodołą z ze swojskim jadłem serwowanym w centrum zwierzyńca z głośną muzyką w tle sprawiła, że czar prysł. Marek, który wychował się na wsi wśród zwierząt i naprawdę kocha taki klimat myślałam, że za chwilę dostanie zawału. Kakofonia dźwięków (bardzo skrajnych) faktycznie doprowadzała do szału i miałam chwilę zadumy nad tym, jak można tam przyjechać na urlop reklamowany jako relaksujący i wypoczynkowy? W tym tłumie i hałasie? Postanowiliśmy wrócić do domu.
Jestem pełna sprzecznych uczuć wobec Ziołowego Zakątka. Doceniam pomysł, bo komuś udało się stworzyć prężnie działające miejsce z bogatą komercyjną ofertą. Na pewno zachwycone nim będą mieszczuchy, które załapią się na namiastkę wsi i wiejskiego życia, ale w moim odczuciu nie w formie naturalnej, a mocno wyreżyserowanej. Stare chałupy prezentują się przepięknie (zaryzykuję stwierdzenie, że lepiej niż w odwiedzonym przez nas skansenie w Ciechanowcu) i zdecydowanie jest na co z przyjemnością popatrzeć.
Właściwie to mam problem z wystawieniem oceny. Jest w sumie ładnie, architektura i zadbana przyroda może zachwycić, można stamtąd wynieść dawkę wiedzy o roślinach i ziołach, zakupić mnóstwo naprawdę wysokiej klasy produktów, zakosztować świeżego powietrza, wiejskiej atmosfery i robionych na miejscu lodów, ale ... 
Nie umiem nazwać słowami i opisać tego "ale", które mam noszę w sobie od tamtej wizyty. Wyszłam z Ziołowego Zakątka z silnym, subiektywnym oczywiście odczuciem, że jest bardzo nieprawdziwy. Jeśli nie mam racji, to przepraszam. Może zawiniła ta straszna droga którą przyszło nam jechać albo źle wybrałam dzień w trakcie długiego weekendu, który naturalnie generuje większe niż standardowo tłumy. Niestety jednak nie uwierzyłam.
Ani w tę sielskość, ani w wiejskość ani w naturalność. Chylę czoła przed rozmachem, wizją i umiejętnością przekucia jej w bezdyskusyjny sukces, ale nie jest to miejsce z tych, które skradają moje serce. 
Nie zrozumcie mnie źle. Jestem ostatnią osobą, która chciałaby Wam powiedzieć "Nie jedźcie tam!". Każdy widzi i czuje inaczej, każdy lubi coś innego. Na naszą opinię wielokrotnie wpływają czynniki niezależne jak zły dzień, zła pogoda, a nawet zła droga i zły humor. Dlatego zawsze uważam, że trzeba zobaczyć i ocenić samemu, wyrobić sobie własne zdanie. Do tego Was zachęcam, a jeśli już tam byliście to podzielcie się ze mną opinią. 
TOP