17.7.17

Lawendowe Pole w Nowym Kawkowie - relacja

Kilka lat temu wpadł mi w ręce jakiś kolorowy magazyn. Czekałam w kolejce do fryzjera, więc zaczęłam go przeglądać bez większego zainteresowania. Moją uwagę przykuł jednak artykuł o ludziach, którzy porzucili życie w mieście i przeprowadzili się na Warmię, w okolice Olsztyna. Pojawiły się w nim nieznane mi dotąd miejsca: Jonkowo, Nowe Kawkowo, Stare Kawkowo i zdjęcia, które do dziś mam w pamięci - sielskie i pełne uroku. 
Wtedy jeszcze mieszkanie na wsi wydawało mi się czymś zupełnie nie dla mnie, ale przeczytałam artykuł z zaciekawieniem. Kilka osób opowiadało o tym jak zmieniło się ich życie od kiedy opuścili duże aglomeracje, z jakimi problemami się zmagają i czy nie żałują swojej decyzji. Tak "poznałam" Joannę, która opuściła Warszawę i przeniosła się na wieś. Szukając pomysłu na to swoje zupełnie nowe życie stworzyła Lawendowe Pole. 
Od tego czasu podobnych miejsc w Polsce powstało już kilka. Ja jednak od tamtej chwili wiedziałam, że chcę pojechać właśnie tam, w to konkretne miejsce w Nowym Kawkowie. Mijały lata, a marzenie wciąż było żywe i niezrealizowane... Jeszcze zimą Marek obiecał, że mnie tam zabierze w wakacje i słowa dotrzymał. 
Postanowiliśmy jechać w lipcu z nadzieją, że pogoda dopisze a lawenda będzie okazała i w pełnym rozkwicie. Nie wiem skąd wynika mój sentyment do tej rośliny, ale mam go od zawsze. Budzi skojarzenia z południem Europy, z francuską Prowansją - jej magicznymi widokami, wioskami i kolorami. Uspokaja, koi nerwy i zwyczajnie cieszy oko. Jej oszałamiający zapach pozwala przenieść się na chwilę w inną, lepszą rzeczywistość. 
Tego dnia od samego rana było pochmurno i bardzo się bałam deszczu. Jakby zepsuł mi ten długo wyczekiwany dzień byłabym niepocieszona. Dojechaliśmy na miejsce około południa. Parking był już zastawiony samochodami, a dookoła kręciło się wielu odwiedzających. Teren nie jest duży, więc widać ich było wyraźnie. 
Z prawej i lewej strony niewysokie wzgórza pokryte lawendą, stara łemkowska chata w której mieści się Lawendowe Muzeum Żywe oraz nieduży sklepik z pamiątkami.
Miałam nadzieję na krótką chociaż rozmowę z właścicielką, ale zajęta była oprowadzaniem grupy, która przyjechała na miejsce autokarem. Od lektury pierwszego artykułu miałam okazję kilka razy czytać rozmowy i wywiady z panią Joanną. Zawsze dużo w nich mądrych i bliskich mojemu sercu słów na temat poszukiwania swojej ścieżki i życia zgodnego z samym sobą. Wkrótce zamierzam przeczytać jej książkę i z pewnością też o niej napiszę na blogu. 
Lawendowe Pole to miejsce stworzone z miłości. Wstęp jest bezpłatny - można robić zdjęcia, spacerować po tarasach usianych lawendą, usiąść na ławce, zwiedzić niewielkie muzeum i obserwować lawendowe zbiory. 
W wybranych terminach odbywają się tam warsztaty alchemiczne, w czasie których uczestnicy mają okazję zdobyć podstawową wiedzę o ziołach leczniczych, nauczyć się procesu destylacji olejku eterycznego z lawendy i produkcji naturalnych kremów pielęgnacyjnych. Mam wielką nadzieję, że kiedyś uda mi się wziąć w nich udział. 
Miejsce jest niezwykle klimatyczne, zielone i przepełnione dobrą energią. Drewniana chata zrobiła na mnie lepsze wrażenie niż niejedna widziana dotąd w skansenie, a jej lawendowe wnętrze jest bardzo ciekawe. 
Na widok tego kredensu odebrało mi na chwilę mowę - całe życie o podobnym marzyłam, widziałam w myślach jak miałby wyglądać i co bym w nim trzymała. Nie sądziłam, że istnieje i to w takich okolicznościach przyrody. 
Każdy odwiedzający może wpisać się do pamiątkowej księgi i wyrazić swoją opinię o tym, co widział. Jak łatwo się domyślić przeważają takie wpisy jak ten widoczny poniżej. Wielką przyjemność sprawiło mi podglądanie jak wolontariusze ścinają lawendę. Niezwykle delikatnie i ostrożnie. Przekładają ją później do wiklinowych koszyków, a później tworzą bukieciki, które trafiają do suszarni znajdującej się na poddaszu muzeum. 
W sklepiku można kupić lawendowe bukiety (podobno idealne na nalewkę i aromatyzowanie miodu), lawendowy olejek i mydełka, a także lokalne rękodzieło. Jeśli czegoś mi na Lawendowym Polu brakuje, to możliwości kupienia szklaneczki lawendowej herbaty albo lemoniady z lawendową nutą oraz owsianego ciastka z jej kwiatkami.
Czas spędzony w tym gospodarstwie wspominam pozytywnie. Dokładnie tak sobie to wszystko wyobrażałam (ok, w mojej wyobraźni nie było tam aż tylu turystów i mogłam chodzić wśród lawendy zupełnie sama haha). 
Bardzo lubię takie miejsca. Zrodzone z czystej pasji, pięknie się rozwijające i odnoszące sukces. Pewnie nie spektakularny, ale pozwalający żyć tak jak się pragnie, czerpać radość ze stałego kontaktu z ludźmi i naturą.  
Pojeździliśmy jeszcze trochę po okolicy, podziwiając krajobrazy i stare drzewa przy drodze. Na początku wpisu wspomniałam, że kiedyś życie na wsi wydawało mi się czymś absurdalnym. Uwielbiałam miasta, ich pulsujący rytm. Im jestem starsza, tym miasto bardziej mnie przytłacza i męczy. Coraz częściej szukam spokoju i chwili wytchnienia na łonie przyrody. Dwa dni na Warmii dały mi niezwykłą siłę i ... wrócę kiedyś po więcej!

14.7.17

Jesteście tu jeszcze?

Zerknęłam dziś na ilość postów opublikowanych na blogu od stycznia. Bardzo mało. Znacznie mniej niż w minionych latach. Wyraźnie odczuwam odpływ Czytelników, ale co się dziwić? Nie napisałam ani słowa od ponad 5 tygodni i nie wiem nawet kiedy ten czas minął! Czasami już tracę nad nim panowanie. Wpadłam w pułapkę życia od piątku do piątku. Praca, dom, praca, dom i w końcu długo wyczekiwany weekend. Jak zawsze za krótki.

Nie da się ukryć, że od roku podróżuję niewiele. Za granicą byłam raz - we wrześniu i to zaledwie przez cztery dni. To dość dziwne uczucie, bo przecież dotąd byłam w drodze bardzo często... Muszę przyznać, że chwilami mnie "nosi". To jest chyba we krwi i jeśli raz się złapało bakcyla, to już człowiek przepadł. Potrzeba poszukiwania wrażeń i odkrywania nowego jest naprawdę silna, nie da się jej zagłuszyć. Z drugiej jednak strony jestem na tym etapie życia, gdy nie chcę gnać przed siebie bez chwili wytchnienia i momentu refleksji. Uczę się czerpać radość z jednodniowych wypadów po okolicy albo zwykłych spacerów po mieście. Moje małe podróże wyglądają inaczej niż kiedyś. Przestałam dźwigać ze sobą zbyt ciężką lustrzankę i kupiłam w końcu kieszonkowy aparat. Nie biegam z nim jak szalona, coraz częściej leży gdzieś na dnie torby. Staram się jak najwięcej pięknych wspomnień, momentów i kadrów zapisywać tylko w pamięci. Dla siebie. Blogów jest bardzo dużo i odczuwam pewien przesyt powtarzających się treści. W dzisiejszych czasach podróżować może już każdy i nie jest to godny większej uwagi wyczyn. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki, nawet kierunki do tej pory uznawane za egzotyczne. Tylu z moich znajomych było już na Hawajach, Malediwach i w Australii, że miewam chwile zawahania czy kogokolwiek interesują takie drobiazgi jak wypad gdzieś pod Warszawę? Ponieważ pisanie wciąż sprawia mi przyjemność, będę to robić dalej, chociaż pewnie mniej regularnie. Ostatnio ktoś napisał w komentarzu, że "kiedyś miałam pomysł na siebie", a teraz to się zmieniło. Myślę, że osoby czytające bloga od dawna wiedzą, że zmieniał się on razem ze mną. To nie jest wykreowana rzeczywistość tylko odzwierciedlenie aktualnego stanu ducha. Kiedyś marzyłam o tym, żeby stale być w drodze, najlepiej jak najdalej od miejsca zamieszkania. Teraz cieszę się ze zwykłej codzienności i powrotów do czterech ścian, które w końcu stały się domem od kiedy nie mieszkam sama. Po męczącym dniu w pracy zamiast włączać komputer wolę przytulić się do mojego mężczyzny, poczytać książkę, obejrzeć film lub ugotować coś pysznego. Na dysku czekają jednak zdjęcia z kilku pięknych miejsc. Kuszą i zachęcają do dalszego pisania. Tak z ciekawości - jesteście tu jeszcze? 

4.6.17

Marynistyczne rękodzieło

Tęsknię za południem Europy. Za miękkim światłem, gorącymi dniami, które płynnie przechodzą w rześkie wieczory. Za zapachem piniowych sosen, turkusowym odcieniem morza i błękitem nieba. Nie ma dnia, żebym nie wspominała Lefkady - wyspy, którą pokochałam od pierwszej chwili. Ah, gdybym tylko mogła tam wrócić! Zjeść grillowaną rybę w porcie, napić się chłodnej frappe w miejscowości Karia, odwiedzić ulubione miejsca. Bujać się na łódce kołysanej przez fale i podziwiać otaczające mnie morskie detale. Szaleję za morzem chyba coraz bardziej. 
Przede mną jednak kolejne miesiące w Warszawie, bez żadnej nadziei na kontakt z południowym słońcem. Na pocieszenie chciałam kupić śródziemnomorskie dekoracje, ale wcale nie łatwo jest zdobyć coś ładnego, a przy tym praktycznego w rozsądnej cenie. Pomalowane na niebiesko pudełka po 80PLN uznałam za zbyt drogie. Postanowiłam, że zrobię sobie takie sama. I wpadłam po uszy! Od kilku tygodni przerabiam wszystko, co wpadnie mi w ręce. Zrobiłam już kilka pudełek, a to do przechowywania perfum jest jednym z moich ulubionych. Przed przemianą było starym pudłem w buro-beżowe kwiaty, które planowałam wyrzucić, bo do niczego mi nie pasowało.
Wciąż się uczę i idzie mi chwilami opornie. Uczę się farb, pędzli, powierzchni na jakich pracuję. Tu coś się wyleje, tam się zrobią zacieki albo farba spływa po nie tych elementach co trzeba i nie mogę jej usunąć. Zdarza się, że serwetki nie chcą się przykleić albo się drą jeszcze w palcach. Nie jest łatwo, nie jest doskonale, ale satysfakcja z gotowego przedmiotu jest naprawdę ogromna. Nigdy nie podejrzewałam, że znajdę sobie takie hobby! W dzieciństwie lubiłam zajęcia plastyczno-teczniczne, ale potem miałam wieloletnią przerwę w jakiejkolwiek twórczej aktywności. Skupiłam się na blogu. Zajęcia z sitodruku przypomniały mi, ile to potrafi dać radości.

A Wy - tworzycie coś? Lubicie się ubrudzić farbą, pobawić igłą i nitką, coś namalować? Lubicie otaczać się rzeczami zrobionymi ręcznie czy raczej preferujecie te ze sklepu, pozbawione wad? 

29.5.17

Kolorowe podwórko we Wrocławiu

Spędziliśmy ostatnio z M. dwie godziny we Wrocławiu (było to moje miejsce przesiadkowe). Zastanawiałam się co z tym czasem zrobić - po raz kolejny pójść na Rynek czy Ostrów Tumski, oglądać te same co zwykle miejsca? 
Postanowiłam poszukać czegoś innego. Przeszukując Internet trafiłam na informację o pewnym niezwykle oryginalnym podworku na Nadodrzu. Od razu wiedziałam, że wybierzemy się właśnie tam. 
Sprawdzając lokalizację zorientowałam się, że można upiec kilka pieczeni na jednym ogniu i mimo wszystko przejść się ulicą Świdnicką, przez kolorowy wrocławski rynek, zajrzeć do małego ogrodu przy Ossolineum, do Hali Targowej, a potem w kolejnych kilka minut dotrzeć na miejsce, zahaczając po drodze o Wyspę Młyńską.
Nadodrze, jedna z dzielnic Wrocławia, przywitała nas nieco smętnym, szarym klimatem. Piękne, mocno zaniedbane kamienice, opuszczone budynki i niezbyt atrakcyjne, ponure bloki. Skręciliśmy w Roosevelta, znaleźliśmy numer 5a i okazało się, że nie ma żadnej bramy. Byłam zaskoczona, ale ruszyliśmy przed siebie.
Kilkanaście metrów dalej pojawiło się światełko w tunelu - pomazana ściana prowadząca w głąb podwórka. Byłam ciekawa co tam na nas czeka. Wcześniej udało mi się poczytać o historii podwórka. Powstało w sąsiedztwie Ośrodka Kulturalnej Animacji Podwórkowej, a jego wygląd to efekt wspólnej pracy artystów i mieszkańców. 
To nie są murale, raczej opowieści o konkretnych ludziach "opisane" pędzlem na ścianach budynku. Widzimy na nich pojedyncze osoby, ale też całe rodziny. Dzieciaki biegające za piłką, kolorowe zwierzęta i bajkowy, niezwykle barwy świat wyobraźni. Taka stylistyka może się podobać lub nie, ale nie da się przejść obok niej obojętnie. 
Spacerując wzdłuż ściany i robiąc zdjęcia czuliśmy się obserwowani z okien, ale nie tylko. Bacznie przyglądali nam się też panowie popijający coś ze szklanych butelek i mijający nas mieszkańcy. Ciekawa jestem co oni o tym miejscu sądzą, czy są z niego dumni czy wręcz przeciwnie. Jeden z nich nas zaczepił pytając, czy chcemy tu kupić mieszkanie, gdyż niektóre są na sprzedaż. Pan zdecydowanie nie wyglądał na miłośnika tej formy sztuki. 
Powiedział, że nie rozumie czemu ludzie tutaj przychodzą i robią zdjęcia, przecież ściany wyglądają paskudnie. Był niezwykle miłym i uśmiechniętym człowiekiem, w jego głosie nie było złości czy natarczywości, raczej ciekawość. Odpowiedziałam, że jest to miejsce z pewnością osobliwe i w jakiś sposób wyjątkowe. Stąd ludzie i ich obiektywy. 
Te ścienne malowidła o tak zróżnicowanej tematyce, ulokowane gęsto jeden obok drugiego, są oryginalne, to na pewno. Czy są ładne? To już kwestia gustu. Ja mimo wszystko uważam, że każda forma sąsiedzkiej i społecznej aktywności jest fajna. W czasach tysięcy identycznych podwórek, wnętrz mieszkań i zawartości szaf, każdy przejaw inności czy własnej inicjatywy odbieram pozytywnie. Jeśli mieszkańcy mieli dość bylejakości i potrzebowali farb, aby pokolorować swoją rzeczywistość to mogę jedynie pogratulować odwagi i nie śmiem tego oceniać.

22.5.17

Krótki spacer po Iseo

W trakcie mojej wrześniowej wizyty we Włoszech zamierzałam spotkać się z pewną dziewczyną, którą poznałam na Malcie. Spędziłyśmy z Caroliną wiele wspólnych dni, przegadałyśmy dziesiątki godzin. Śmiałyśmy się i płakałyśmy, walczyłyśmy wspólnie z emocjami i wspierałyśmy się w trudnych chwilach. 
Dzieli nas kilka lat życia i doświadczeń. Carolina ma 23 lata, skończyła studia, ma mnóstwo pomysłów i pasję którą jest projektowanie i szycie ubrań. Pomimo tego nie wszystko idzie po jej myśli. Kiedy się poznałyśmy była na życiowym zakręcie, zupełnie jak ja. Zbliżyło nas to, chociaż szukałyśmy odpowiedzi na zupełnie inne pytania. 
Dużo się od siebie nauczyłyśmy, każda z nas przekazała tej drugiej coś wartościowego. Kiedy dowiedziałam się, że planuje wyjechać jesienią do Australii i być może zostać tam na zawsze, od razu podjęłam decyzję o spotkaniu. 
Carolina urodziła się i mieszka w mieście Brescia, które położone jest na trasie między Bergamo, gdzie lądowałam, a Wenecją do której zmierzałam. Umówiłyśmy się na dworcu. Gdy wysiadałam z pociągu, czekała już na peronie i rzuciła mi się na szyję. W planach był lunch i spacer po centrum, ale dowiedziałam się, że uległy one zmianie. 
Carolina zaprowadziła mnie na parking i powiedziała, że zawiezie w ważne dla niej miejsce, do którego często ucieka latem. Nie wiedziałam dokąd zmierzamy, ale niespodzianka się udała!
Po niespełna 30 minutach jazdy dotarłyśmy do miasteczka Iseo, położonego nad jeziorem o tej samej nazwie. Uwielbiam takie miejsca, szczególnie poza sezonem! Na pierwszy rzut oka skojarzyło się z Lecco nad jeziorem Como, które odwiedziłam dwa lata wcześniej. Połączenia gór i wody zachwyca mnie nieustannie. 
Z czym może kojarzyć Wam się to lombardzkie jezioro? Z Floating Piers, czyli "położoną" na jeziorze kładką / molo, po której można chodzić. Owa instalacja pojawiła się w zeszłym roku na przełomie czerwca i lipca, przyciągając tłumy miejscowych i turystów. W czasie mojej wizyty było na szczęście pusto. 
Trafiłyśmy w sam środek pory obiadowej. Nieliczni ludzie któych widziałyśmy na ulicach szli sobie bez pośpiechu. Turstów nie było prawie żadnych, nawet w kawiarniach i restauracjach. Jak na pierwsze dni września widok totalnie zaskakujący. Zamówiłyśmy kawę, zimną wodę i usiadłyśmy przy brzegu. Czas na chwilę stanął w miejscu. 
To był krótki spacer. Dwie godziny spędzone w nieco sennym miasteczku przyklejonym do idealnie błękitnej tafli jeziora. Chłonęłam każdą chwilę i drobiazg, ciesząc się towarzystwem tej ciemnookiej dziewczyny. Myślałam o tym, jak wiele w niej odwagi, wdzięczności za wszystko co ma, mądrości niezwykłej jak na tak młody wiek. Rozmawiałyśmy dużo o jej podróży do Australii, nadziejach które z tym odległym państwem wiązała. W portfelu przysłowiowe grosze, ale co z tego, skoro głowa pełna marzeń? Czuła, że to miejsce dla niej. Minęły miesiące, od dwóch jest z powrotem we Włoszech. Powiedziała mi, że było cudownie, że Australia jest wspaniała, ale Dom jest tam, gdzie ludzie których się kocha. Uśmiechnęłam się na myśl, że jej i moja historia zatoczyły takie samo koło.

9.5.17

Maltańskie wspomnienia - Dingli Cliffs

Kościółek na Dingli Cliffs na Malcie
Niedługo minie rok od mojego powrotu z Malty. Bardzo intensywny i pełen zmian, które gdyby nie ten wyjazd być może nie miałyby w ogóle miejsca. Jestem wdzięczna za czas, który tam spędziłam i który pozwolił mi zrozumieć czego od życia chcę, co ma znaczenie, a co jest co prawda miłe, ale  w gruncie rzeczy nieistotne. Myślę dziś o Malcie z uśmiechem, ale bez większych porywów serca. To był bardzo ważny etap, ale co było to minęło. 
Panorama klifów Dingli Malta
Mam jeszcze trochę zdjęć z różnych maltańskich wycieczek. Niektórymi się z Wami podziele, inne zamknęłam na kłódkę i nie chcę do nich wracać. Miejscem, którego na blogu jeszcze nie było (chociaż odwiedziłam je co najmniej kilka razy) są klify Dingli. Wiąże się z nimi wiele wspomnień i osób, które w tych wypadach mi towarzyszyły. Dwa razy byłam tam jednak bez towarzystwa i chyba wówczas doceniłam je najbardziej. 
Droga do Dngli Cliffs
Opinie o transporcie na Malcie są różne - tygodniowi turyści zwykle bardzo go chwalą (jest relatywnie tani i można dojechać niemalże wszędzie), ale mieszkając na wyspie dłużej i bez samochodu robi się ciężko. Odległość między Sliemą w której mieszkałam a Dingli to około 16 km, czyli 35 minut jazdy autem. Korzystając z komunikacji publicznej trzeba najpierw złapać autobus 202 do Mdiny (jeden na godzinę), a następnie przesiąść się w autobus 201 do Dingli (również jeden na godzinę). W zależności od sprzyjających wiatrów, podróż trwa od 1.5 do 3h (jeśli się okaże, że w Mdinie czeka już ogonek chętnych i nie uda nam się dostać na pokład). Ale cóż - This is Malta*. 
Można też kombinować z większą liczbą przesiadek albo mając do dyspozycji cały dzień zdecydować się na jeden ze spacerów o których pisałam w poście Malta Praktycznie (Mdina do Dingli Cliffs, nie ma mapki on-line więc warto od razu poprosić o nią na lotnisku w Punkcie Informacji Turystycznej). Tę trasę polecam bardzo, gdyż wiedzie przez niezwykle spokojne, relaksujące i atrakcyjne przyrodniczo zakątki wyspy.
Majestatyczne Dingli Cliffs
Żeby nie było, że na transport wyłącznie narzekam to muszę dodać, że wiele razy spotykałam się nieznaną mi dotąd uprzejmością i cierpliwością ze strony kierowców. Jedną z sytuacji miałam właśnie w czasie spaceru z Siġġiewi do klifów Dingli. Czekałam dość długo na autobus, ale ten nie przyjechał, ruszyłam więc piechotą. Oczywiście pół godziny później, na środku upalnego pustkowia usłyszałam go za swoimi plecami. Pomimo, że nawet nie spojrzałam w jego kierunku, kierowca zwolnił i zapytał czy chciałabym wsiąść. Rzecz jasna chciałam :) 
Klify Dingli położone są w południowo - zachodniej części Malty, sięgają nawet ponad 200 m wysokości i niestety najładniej wyglądają zapewne od strony morza. Mimo wszystko warto się wybrać w ich okolice, poszukać jednego z kilku malowniczych punktów widokowych. a przede wszystkim rozkoszować się pustką i monotonnym, ale miłym dla oka krajobrazem. Proponuję jednak zachować rozwagę, ponieważ o wypadek nie trudno, a wiele osób mocno kusi los swoim zachowaniem (mając w głowie m.in. to miejsce pisałam post "Ile poświęcisz dla dobrego ujęcia?"). 
Wypad w te okolice warto połączyć ze zwiedzaniem Mdiny i Rabatu, a w wersji mniej oczywistej ze wspomnianym wyżej Siġġiewi albo ogrodami Buskett. Wszystko zależy od tego jaką ilością czasu dysponujemy i czy musimy wybierać tylko najpopularniejsze miejsca czy też możemy sobie pozwolić na coś nieco mniej przewodnikowego. 
* Jedna z moich nauczycielek, (urodzona w Wielkiej Brytanii) opowiadała, że jej początki na wyspie były ciężkie - wściekała się na urzędy, zasady, zwyczaje, transport. Jej pracodawca zawsze się wówczas śmiał i mówił, że winny jest temu "TIM". Przez jakiś czas nie rozumiała o kim mowa i o co chodzi, aż w końcu okazało się, że TIM = This Is Malta. Wynika z tego, że trzeba po prostu zaakceptować taki stan rzeczy żeby nie zwariować. 
TOP