18.11.17

Madera - 7 miejsc które wspominam do dziś

Od mojego urlopu na Maderze minęło już 7 lat. To były czasy, kiedy jeszcze nie robiłam zbyt wielu zdjęć, nie notowałam wspomnień ani nazw. W kieszeni mały, prosty aparat który ciągle się zacinał i nie zawsze chciał współpracować. Szkoda, bo to wyjątkowo piękna wyspa i chętnie wracałabym do uwiecznionych kadrów i chwil.
Pewnie niewielu z Was wie, że miałam kiedyś okazję opowiadać o Maderze na łamach magazynu Claudia. To była dość osobliwa przygoda, ale efekt pracy pani Elżbiety Wichrowskiej z działu Podróże i mojej znajdziecie tutaj - Wieczna Wiosna na Maderze. Muszę przyznać, że to naprawdę przyjemna pamiątka na całe życie. 
Do dziś w moich codziennych myślach jest kilka niezwykłych zakątków tej wyspy. Takich, do których chętnie bym się przeniosła w ponure dni. Zamykam oczy i hop! Jestem tam. Przedstawię Wam je dziś jeden po drugim.

1. Przylądek Ponta de São Lourenço
Klify, wiatraki, przepaści, puste przestrzenie i przenikliwy wiatr

2. Câmara de Lobos 
    Kolorowe miasteczko w którym swego czasu zakochał się sam Sir Winston Churchill

3. Curral das Ferias 
     Dolina Zakonnic. Miejsce, które wygląda jakby się odkrywało zaginiony świat

4. Ponta do Garajau 
 Piewsze i ostatnie w którym dałam sobie zrobić ładne zdjęcia ;) Ps. Eh, gdzie ta młodość?

5. Obiad na wschodzie wyspy
Serwowany na tarasie z widokiem na klif z wodospadem Veu de Noiva (welon Panny Młodej)

6. Porto Moniz 
Mglista, wietrzna i tajemnicza, najdalej wysunięta na wschód miejscowość wyspy


7. Jardim Tropical Monte Palace 
Zielony, soczysty, świeży. Według mnie najpiękniejszy ogród na tej pełnej roślin wyspie
Byliście na Maderze? Jakie miejsca zapadły Wam najmocniej w pamięć?

11.11.17

24 prezenty świąteczne dla miłośników morza

W tym roku nie miałam jeszcze okazji obejrzeć filmu "To właśnie miłość", ale nie da się ukryć, że Boże Narodzenie już coraz bliżej. W sklepach powoli pojawiają się bombki, kalendarze adwentowe i marcepanowe kulki, a sklepy zaczynają kusić świątecznymi promocjami. Ja już większość prezentów mam skompletowanych (jak zwykle kupuję je przez cały rok, a nie na ostatnią chwilę), ale szukałam ostatnio pomysłów na prezent dla ... siebie. Przy okazji powstał pomysł wpisu o podarunkach w marynistycznym stylu (moim ulubionym!). Rok temu pisałam o prezentach z folkową nutą (którą lubi np. moja mama). Wpis nie jest sponsorowany i jest w pełni subiektywny. Kierowałam się ogólnym marynistycznym klimatem (kolory biały i niebieski, paski, letnie akcenty), a nie tylko przedmiotami z ozdobami typu kotwice. Mam nadzieję, że uda Wam się znaleźć tutaj jakąś inspirację! 

MODA I DODATKI MARYNISTYCZNE

       
1. Tyszert longsleeve w paski, 189zł (do kupienia tutaj)
2. Naszyjnik łódka origami Dedicante, 37zł (do kupienia tutaj)
       
3. Lusterko Dziewczynka Marynarz, 11 zł (do kupienia tutaj)
4. Torba płócienna w grube paski, 15zł (do kupienia tutaj
     
    5. Kopertówka od Zuzi Górskiej, ok. 180zł (zamówienia tutaj)
        6. Kolorowe skarpety Surf and Sail, 25 zł (do kupienia tutaj)     
         
7. Materiałowe balerinki, 25-30zł (do kupienia tutaj)
     8. Zegarek Papierowa Łódeczka, 101zł (do kupienia tutaj)
         
9. Top One w paski Tyszert, 129zł (do kupienia tutaj)
10. Srebrna zawieszka Róża Wiatrów, 49zł (do kupienia tutaj
         
11. Jedwabny krawat w kotwice, 89zł (do kupienia tutaj)
12. Brelok morski w kotwice, 35zł (do kupienia tutaj)


MORSKIE AKCENTY W MIESZKANIU

   
13. Kalendarz ścienny latarnie morskie 2018, 35zł (do kupienia tutaj)
14. Pościel w marynarskie paski, 97zł (do kupienia tutaj)
      
15. Ręczniki dla gości Zara Home, 49,99zł (do kupienia tutaj)
16. Mydło Marsylskie Marine, 7,50zł (do kupienia tutaj)
       
17. Silikonowa foremka do czekoladek lub lodu, 35zł (do kupienia tutaj)
    18. Niebieskie szkło z kolekcji Stockholm 2017, 19-99zł (w sklepach IKEA)
       
19. Mydelniczka biało-niebieska Zara Home, 19,99zł (do kupienia tutaj)
20. Serwetki z morskim motywem, 5,50zł (do kupienia np. tutaj)
     
21. Marynistyczna girlanda ozdobna, 39zł (do kupienia tutaj)
22. Marynarska poszewka z łódką, 39zł (do kupienia tutaj)
     
23. Album na zdjęcia kotwica hand made, 115zł (do kupienia tutaj)
   24. Mgiełka o zapachu nadmorskich wakacji, 29,90zł (do kupienia tutaj)

Lubicie morskie klimaty? 

1.11.17

Czy da się żyć bez podróży?

Kiedyś twierdziłam, że się nie da. I że podróże są niezbędne do życia, jak powietrze. Odkąd 10 lat temu zaczęłam zarabiać pieniądze, byłam w drodze bardzo często. Wracałam z jednego wyjazdu, kupowałam kolejne bilety samolotowe lub autokarowe. I tak w kółko. Do czasu, bo od ponad roku nie byłam dłużej w żadnym nowym miejscu w Polsce ani za granicą. Ok, byliśmy we wrześniu tydzień nad morzem. Deszcz lał 24h na dobę, niewiele udało nam się zobaczyć, ciężko było korzystać z uroków Bałtyku, a poza tym znam to miejsce od lat. W wakacje staraliśmy się organizować jednodniowe wypady w okolice Warszawy lub nieco dalej, ale to niestety nie to samo. 
Muszę niechętnie przyznać, że bez podróży da się żyć. Mam się całkiem nieźle, czas mija tak szybko, że strach się bać. Mija tydzień za tygodniem, weekend za weekendem. Tryb Dom-Praca-Dom rozgościł się w naszym życiu na dobre. Do tego od jakiegoś czasu pracujemy na zakładkę - ja wychodzę, gdy Marek jest w domu i wracam, gdy on dopiero zaczyna u siebie przerwę. Czasem się uda wyrwać wolną chwilę na spotkanie ze znajomymi (niestety nie tak często jakbym sobie tego życzyła) albo na kino czy kolację na mieście. Weekendy też nie zawsze są do naszej dyspozycji, co dodatkowo utrudnia planowanie wyjazdów czy rezerwowanie biletów.
Powiem szczerze, że przez miniony rok bardzo doceniłam to, co podróże mi dały w ciągu ostatnich lat. Podjęłam najlepszą możliwą decyzję stawiając wszystko na jedną kartę, poświęcając większość wolnego czasu i pieniędzy na wyjazdy wtedy, gdy było to jeszcze możliwe. Wtedy, gdy nie było zbyt wielu problemów i codziennych komplikacji. Do tego bycie singielką z pewnością dawało mi pewną niezależność, mogłam robić co chciałam i nie musiałam się do nikogo dostosowywać. Znajomi nie mieli chęci lub urlopu? Jechałam sama do Portugalii, Szkocji albo na Maltę. Towarzystwo nigdy nie było mi niezbędne. Czasami zabierałam ze sobą Mamę, ale od kiedy sprawiła sobie kota (a właściwie to ja jej go sprawiłam) to już podróże jej nie w głowie. Ponieważ teraz u mnie z czasem wolnym nieco łatwiej niż u Marka, to teoretycznie mogłabym pojechać sama. Mogłabym, ale nie chcę.
Skoro pojęłam decyzję, że będziemy razem to podróżować też bym chciała razem. Nie należę do tych dziewcząt co wieszają się na swoim facecie i oddychać bez niego nie umieją, wręcz przeciwnie - bardzo potrzebuję własnej przestrzeni. Nie dotyczy to jednak podróży. Lubię je za bardzo, aby nie dzielić ich z tym, którego sobie wybrałam. Rok temu byłam kilka dni we Włoszech i było mi przykro, że nie możemy razem podziwiać wspaniałych miejsc i budować wspólnych wspomnień. Mam koleżanki w związkach, które podróżują samotnie (nawet przez kilka miesięcy), szanuję ich decyzje i podziwiam wytrwałość, ale to nie dla mnie. Ja chcę razem!
Tęsknię za emocjami, które dają podróże - ekscytacją związaną z ich planowaniem i przygotowywaniem programu zwiedzania, radością i podnieceniem w czasie jazdy na lotnisko, przyjemnymi motylami w brzuchu w czasie startu i lądowania samolotu, prawdziwym szczęściem jakie daje odkrywanie nowych miejsc, poznawanie lokalnej kuchni czy spotkania z ciekawymi ludźmi. Jest wiele miejsc, które chciałabym odwiedzić. Mam nadzieję, że nasza sytuacja jest przejściowa i jeszcze uda nam się zwiedzić razem trochę Europy.
Czy da się żyć bez podróży? Da się, ale to życie jest dla mnie takie trochę niepełne. Uczę się nowych rzeczy, staram się rozwijać, znajdować zajęcia zastępcze. Ale moja dusza jest niespokojna, nie umie usiedzieć w miejscu. Te miesiące były też dla mnie inną nauką. Nabrałam pokory - kiedyś mówiłam, że jak się chce, to zawsze się da. Zrozumiałam, że nie zawsze tak jest... gdy trzeba spiąć kilkanaście elemenów czasowo-finansowych i jeszcze znaleźć przestrzeń na realizację marzeń to pewne rzeczy wychodzą gorzej niż kiedyś.
Jakiś czas temu rozmawiałam z moim znajomym - młodym Francuzem, z którym mieszkałam przez kilka tygodni. Poleciał na Maltę, żeby nauczyć się angielskiego i znaleźć dobrą pracę. Od powrotu jesteśmy w okazjonalnym kontakcie. Dużo narzekał, że pracy idealnej nie ma, że nie czuje się spełniony i jest trochę rozczarowany. Napisałam mu - podróżuj, poznawaj świat. Na pracę, frustrację i poważne życie  przyjdzie jeszcze czas ;) Miesiąc temu wysłał mi zdjęcie z Australii. Wyjechał tam na rok - pracuje na farmie, a w międzyczasie zwiedza i świetnie się bawi. Ucieszyłam się. To bardzo ważne, żeby wykorzystywać okazje i dobre momenty w życiu. Nie odkładać planów na później, płynąć z falą, gdy opatrzność sprzyja. Stracone szanse bolą chyba najbardziej.
Przykro mi, że chwilowo nie możemy podróżować, jednak jestem wdzięczna sama sobie za decyzje z lat minionych i za to, że konsekwentnie realizowałam swoje zamierzenia. Wierzę, że to jeszcze nie koniec i wiele wciąż przede mną. A przede wszystkim przed nami. Czasami zastanawiam się co zrobić z blogiem. Czy ma on jeszcze jakikolwiek sens? Niech jeszcze zostanie, bo chociaż powoli się zmienia to wciąż jest memu sercu bliski. Może nie będzie już tak w pełni podróżniczy, ale wciąż jest o czym pisać. Ps. Zdjęcia do tego wpisu pochodzą z Estonii, którą mieliśmy odwiedzić tym razem wspólnie we wrześniu, ale niestety się nie udało.

22.10.17

Żyrardów w jeden dzień

Wyszło trochę słońca i w końcu znalazłam w sobie motywację do napisania kilku słów o Żyrardowie. Odwiedziłam go w tym roku dwukrotnie - po raz pierwszy wiosną na wstępne zwiedzanie, a po raz drugi pod koniec czerwca w czasie obchodów Święta Lnu. Ewa, oto obiecana relacja z Twojego rodzinnego miasta! 
Żyrardów położony jest bardzo blisko Warszawy, więc nie zrywaliśmy się o świcie. Wyjechaliśmy na spokojnie po śniadaniu, dojechaliśmy na miejsce tuż po 10, a pomimo tego czekały na nas bardzo atrakcyjne miejsca parkingowe w samym sercu industrialnej części miasta. Pogoda dopisywała, ruszyliśmy więc na spacer. 
Dobrą decyzją było udanie się do Punktu Informacji Turystycznej która mieści się w pięknym budynku Resusy fabrycznej i co ciekawe jest czynna ... od poniedziałku do piątku. W mojej świadomości to miasto istniało jako perfekcyjny cel weekendowych wypadów, ale cóż... W każdym razie trafiliśmy na bardzo miłego pana, który poświęcił kilka chwil na poszukanie dla nas mapy z trasą spacerową. Nie znalazł jej, ale wytłumaczył jak dojść do Urzędu Miasta Żyrardów z Wydziałem Promocji, gdzie otrzymaliśmy ją od ręki.
Centrum Żyrardowa nie jest duże, więc można bez problemu spacerować samodzielnie a nie narzuconą trasą, ale oceniam wysoko wartość merytoryczną tej publikacji. Mapa jest czytelna, trasa ciekawa, a poszczególne obiekty dobrze opisane. Można wyraźnie poczuć powiew historii i dawnej świetności tego miasta. 
A że historia ta jest niezwykle ciekawa to naprawdę warto się z nią zapoznać. Dość stwierdzić, że swego czasu Żyrardów był lnianą potęgą, a znajdująca się w nim fabryka była miastem w mieście. Był to doskonale funkcjonujący, samowystarczalny organizm. Budynki fabryczne sąsiadowały z domami robotniczymi pracowników, szkołami i ochronką dla ich dzieci, szpitalem. Wszystko było na miejscu, a poszczególne części fabryki łączył węzeł transportowy. Wydawało sie, że wszystko działa prężnie i bez zarzutu.
Aż do 23 kwietnia 1883, gdy w zakładach wybuchł pierwszy strajk powszechny spowodowany obniżeniem wynagrodzenia pracowników szpularni. Film "Strajt Szpularek - historia prawdziwa", polecam zobaczyć jeszcze przed wizytą w mieście. W późniejszych latach zakłady przeżywały wzloty i upadki, a w czasie II Wojny Światowej do Żyrardowa wkroczyły wojska niemieckie i powstał tam obóz przejściowy. To zarys historii, uważam jednak, że godna jest bardziej szczegółowego poznania. Pomaga zrozumieć współczesne oblicze miasta. 
Warto wiedzieć, że w Żyrardowie na liście zabytków znajduje się blisko 300 obiektów! Większość z nich znajdziecie na terenie dawnej osady fabrycznej. Ogromne wrażenie robi fasada kościoła pw. Matki Bożej Pocieszenia, ale dla mnie zachwycające były szczególnie dawne budynki fabryczne. 
Pięknie wkomponowane są w codzienność mieszkańców. Dawne domy robotnicze wciąż są zamieszkane, a wśród ścian Starej Przędzalni powstał gustowny pasaż handlowy i świeżo oddane do użytku ekskluzywne lofty. 
Jestem wielką miłośniczką industrialnej architektury (zachwywałam się nią już wcześniej przy okazji wizyty w Łodzi). Z wizytą w Żyrardowie wiązałam duże nadzieje i się ani trochę nie zawiodłam. Spacer po mieście był wielką przyjemnością i chwilą wytchnienia od gwaru Warszawy. Niezwykle miły czas spędziliśmy w przepięknym Parku Dittricha (niestety znajdujące się w nim Muzeum Mazowsza Zachodniego było wówczas nieczynne z powodu zmiany ekspozycji). Przez miasto przepływa rzeka o wdzięcznej nazwie Pisia Gągolina.
Wisienką na torcie zwiedzania Żyrardowa jest na pewno Muzeum Lniarstwa im. Filipa de Girarda. Znajduje się ono niedaleko parku, a wstęp jest bezpłatny (mile widziane cegiełki na jego utrzymanie). Można w nim zobaczyć imponujących rozmiarów i wagi maszyny lniarskie, dowiedzieć się więcej o historii lniarstwa oraz wyobrazić sobie jak trudna i wyczerpująca była to praca. Tym, czego mi brakowało była większa ilość lnianych tkanin czy gotowych rzeczy obrazujących jakie cuda z nich powstawały (ubrania, obrusy i inne dobra). 
W czasie Święta Lnu to właśnie tam działo się najwięcej, my jednak przyjechaliśmy zbyt wcześnie żeby załapać się na większość atrakcji W pobliżu muzeum było już zresztą na tyle tłoczno, że postanowiliśmy uciec do parku. 
Był on jeszcze piękniejszy niż kilka tygodni wcześniej! Spacerowaliśmy alejkami ciesząc się sobą, piekną pogodą i początkiem lata. Teraz, z początkiem jesieni z radością wspominam te chwile. Byliście w Żyrardowie? 
TOP